Mężczyźni mojego życia [1]: Marek Hłasko

„Mężczyźni mojego życia” to cykl tekstów (razem z „Kobietami mojego życia”) opowiadający o znanych osobach (nie zawsze realnych), które w jakiś sposób wpłynęły na moje postrzegania świata.

Są tacy ludzie, których nigdy nie poznaliśmy, nigdy nie spojrzeliśmy im w oczy, nigdy nie podaliśmy im ręki, a którzy mimo wszystko są nam niesamowicie bliscy.

Dla mnie taką osobą jest Marek Hłasko.

Urodziłam się wiele lat po jego śmierci, a jednak w pewnym momencie go poznałam. To chyba było w liceum, bo przecież każda zbuntowana w intelektualny sposób nastolatka powinna czytać prozę Hłaski i poezję Wojaczka. Tak, Wojaczka też czytałam i do dziś mam do jego wierszy sentyment, ale to nigdy nie była taka więź.

Hłasko był z innego świata. Tak zupełnie. I nie mam tu na myśli tego, że przeżył okrucieństwa wojny i żył w kraju, którego ja już nie oglądałam (i obym nigdy nie musiała). Nie, nie chodzi mi o czas i miejsce (miejsce mamy nawet wspólne: „Nie wiem, ile książek przeczytałem tego roku we Wrocławiu; przypuszczam, że kilkaset. I z każdym dniem wiedziałem mniej, i z każdym dniem popadałem w rozpacz, że nigdy nie przeczytam tego, co powinienem przeczytać”). Fascynowało mnie jego życie. Takie… szalone, wyrywające się schematom, nie do zaszufladkowania. Tak, szalone. Ale jednocześnie smutne, wręcz tragiczne. Samotne. Czytając prozę Hłaski, nie płakałam nad jego bohaterami. Płakałam nad nim samym. Płakałam i tęskniłam.

Kochałam Hłaskę tak, jak się kocha bohaterów literackich. Fascynował mnie, bo mu współczułam. To on napisał najpiękniejsze słowa o miłości, które już kiedyś tu przytaczałam. To on pięknie podsumował cała ludzkość:

Ktoś kiedyś powiedział, że historię ludzkości można spisać na bibułce od papierosa: rodzili się, cierpieli, umierali – tak to chyba wygląda.

Dzisiaj nie ma już strony, na której ktoś pieczołowicie zamieszczał wywiady z Hłaską – także w formacie audio. Dzięki tej osobie mogłam usłyszeć jego głos w archiwalnych radiowych nagraniach. Był taki, jaki powinien być.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/4/4a/Marek_H%C5%82asko_and_Krzysztof_Komeda.JPGCzytałam rok temu biografię Krzysztofa Komedy pióra Magdaleny Grzebałkowskiej. Czytałam i tęskniłam. To dziwna tęsknota, bo przecież tak naprawdę nie chciałabym żyć wtedy, tam, razem z nimi. Przede wszystkim: nie należałabym do tego grona. Grona postaci niezwykłych, utalentowanych, a zarazem trochę (trochę?) przeklętych. Komeda umarł przez Hłaskę – trudno temu zaprzeczyć. Hłasko zmarł niedługo po nim. Czy tego chciał? Chyba już nigdy się nie dowiemy. Niektórzy mówią, że nie, przecież w końcu wszystko zaczęło się układać, miał pisać scenariusze, miał żyć z Esther. Niektórzy przypominają: „Jeśli Krzysio umrze, to ja też pójdę”

Pamiętam, gdy pierwszy i jak dotąd jedyny raz stanęłam nad jego grobem. Miałam 19 lat, chyba pierwszy raz pojechałam sama do Warszawy – wszystko miało wtedy intensywny smak wolności i szczeniackiej niezależności. Patrzyłam na napis „Żył krótko, a wszyscy byli odwróceni” i położyłam na nim jedną czerwoną różę, choć wtedy wydawało mi się, że bardziej odpowiednio będzie wypić kieliszek wódki. To był czas, kiedy słuchałam punka i kiedy nie zgadzałam się na otaczającą mnie rzeczywistość (nie przyszło mi wtedy do głowy, że w przyszłości nie będę się zgadzać jeszcze bardziej, choć w zupełnie innym rytmie). Wtedy do życia przygrywał mi zespół The Analogs. Nieprzypadkowo:

Przez wiele lat moim marzeniem było skompletowanie czarno-białego wydania „Dzieł wybranych”. Do dziś na mojej półce stoi cały rząd jego książek. Niektóre tytuły się powtarzają, ale nie powtarzają się wydania. Są w nich moje podkreślenia, moje notatki. Kawałek mojej duszy.

Hłasko jest jednym z mężczyzn mojego życia. To on w dużej mierze ukształtował moją wrażliwość: to dzięki niemu wzruszam się w tych konkretnych momentach, oddziałują na mnie odpowiednie słowa, płaczę przy określonych piosenkach. I nieustannie tęsknię.

Dzisiaj mija 50 lat od śmierci Marka Hłaski.